Jak zacząć? Odchudzanie dla opornych.

"Aga, nie wiem jak zacząć, chce się wziąć za siebie, ale nie umiem."
Bardzo często dostaje podobne wiadomości.
Doskonale pamiętam jak to było u mnie, żyje sobie spokojnie, dobrze się bawię i nagle puff 40 kilo więcej. Serio, myślałam, że popsuła się waga.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że tyjemy, albo zwyczajnie nie chcemy tego widzieć. Wciskamy się w za małe ubrania, a przed lustrem marszczymy brew, że jednak ciuch nie leży jak kiedyś. 

Czas spojrzeć prawdzie w oczy. 
Następuje przebudzenie, wchodzimy na wagę, a tam liczba, której nie chciałyśmy zobaczyć. Wstukujemy swoje dane we wszystkie możliwe liczniki BMI, które wskazują OTYŁOŚĆ III stopnia. Okazuje się, że do zrzucenia mamy nie 5, a 50,70,80 kilogramów... Brzmi jak absurd!

Wpisujemy w google, jak zrzucić 70 kilo. Przecież to nierealne.
Ahh cudowny Internet, wystarczy pić ocet jabłkowy, połknąć główkę tasiemca, albo zrobić detoks sokowy.

To ostatnie brzmi w miarę zdrowo, pierwsze 10 kilo już w miesiąc! Co to jest 10 kilo?
Kropla w morzu, ale miesiąc brzmi kusząco.

Decydujemy się na soki, zupy kapuśniaki. Potrawy bez smaku i bezsensowne wyrzeczenia, które prowadzą nas tylko do tego, żeby zgodnie podać sobie rękę z naszymi otyłymi koleżankami i krzyknąć "nie da się, to nie działa".
Kolejny krok to totalna kapitulacja i dalsze zajadanie smutków pod tytułem "jestem gruba i nie mogę schudnąć".

Za jakiś czas przy okazji sylwestra czy 'beach body' podejmujemy kolejne próby.
Tym razem dieta 1000kcal bo szybkie efekty zmotywują nas do kontynuacji. Chodzimy, głodne, złe, przybite. Wytrzymujemy jeden dzień - sukces, po drugim nabieramy ochoty wbić już zęby w ścianę i z wilczym głodem rzucamy się na wszystko co jest pod ręką.

Znów się nie udało. Skoro już najadłyśmy się na noc nasza dieta zakończyła się klapą, ale przynajmniej rano zjemy już to co lubimy bez jakiś durnych diet, przecież nie będziemy się katować, ludzie jedzą co chcą i nie tyją! To jest takie niesprawiedliwe...

Można tak latami! Wiem, bo sama tak robiłam.
"Próbowałem już tylu diet i żadna nie działała" prawdopodobnie usłyszysz od każdej osoby, która boryka się z nadwagą czy otyłością.

Teraz trochę o mnie.

Nienawidziłam siebie, drapałam paznokciami uda do krwi. Uważałam, że od pasa w dół moje ciało jest obrzydliwe. Nienawidziłam swojej talii, bioder, nóg, pośladków.
Nienawidziłam siebie mając figurę, o której teraz marzę i to właśnie ta nienawiść doprowadziła mnie do miejsca w którym znalazłam się kilka lat temu ważąc ok 150kilogramów. 

Straciłam szacunek do samej siebie, traktowałam moje ciało jak śmietnik. Nie dbałam kompletnie o to co jem, w co się ubieram, co w siebie wlewam. Nienawiść tylko się pogłębiała, z ciała przeszła na charakter, nawet nie wiecie ile razy mówiłam o sobie, że jestem bezwartościowym śmieciem.

Nienawiść doprowadziła mnie do jeszcze większych zaburzeń odżywiania, wpędziła w długi i inne kłopoty, po prostu było mi wszystko jedno.

Nie wolno się nienawidzić!!! Nienawiść nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Czy chcesz dobrze dla kogoś kogo nienawidzisz? No właśnie.

Jak zacząć?
Przede wszystkim musisz uświadomić sobie, że masz problem, a później przygotuj się na długą podróż zwaną życiem.

Pragnę wam nadmienić, że często jest tak, że nasze kilogramy nie biorą się tylko z tego, że lubimy dobrze zjeść. W wielu przypadkach mają głębokie podłoże psychologiczne.

Schudnąć jest łatwo, dużo trudniej jest poukładać sobie w głowie.

Polecam moje dwa poprzednie posty ne ten temat:



Po przepracowaniu wszystkiego  o czym pisałam wyżej i pełnej świadomej akceptacji siebie zaczęłam działać.

Przede wszystkim przestałam stawiać sobie nierealne cele. Można powiedzieć, że w ogóle zrezygnowałam z celów wagowych. Ale o tym później.

Spisałam sobie "skutki uboczne" mojej otyłości nie związane z wyglądem. 

Były to przede wszystkim:

  • Słaba kondycja
  • Bóle żołądka
  • Bóle pleców
  • Bóle kolan
  • Odparzenia ciała
  • Próchnica 
  • Brak możliwości skorzystania z niektórych rozrywek czy też zabiegów w związku z objętością ciała

Drugim krokiem było przeciwdziałanie temu.
Ale spokojnie, nie wszystko na raz, małymi krokami, niech każdy z was znajdzie swój sposób!

Pamiętacie moje wyzwanie 2020, które wciąż trwa? #walczezagaskowronska
Zaczynałam w styczniu robiąc po 5 tysięcy kroków dziennie z ogromnym trudem, ale ruszyłam tyłek z kanapy! Teraz mamy listopad, a moja kondycja jest o wiele lepsza niż na początku roku. 

Wiedziałam, że te 5 tysięcy kroków dziennie będzie dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale było to do zrobienia. Na tym polega stawianie sobie realnych celów.

Każdy realny cel, który osiągniemy buduje nasze poczucie własnej wartości, naszą siłę.

Zawsze kiedy mam gorszy dzień, powtarzam sobie 'byle do wieczora'.

Pozwalam sobie na błędy.
Nie karcę się za zjedzenie batonika, czy kawałka pizzy, ale odzyskuję kontrole nad jedzeniem, wcześniej to ono kontrolowało mnie. Pamiętaj, że mała odskocznia od diety nie oznacza jej końca.
Zjedz sobie tego batonika jak musisz, ale nie poddawaj się!

Najważniejsze to nie dać się ponieść.

A teraz wrócę na chwilę do początku mojego wpisu. Przytyłam 40 kilogramów w dwa lata, bo straciłam kompletnie kontrolę.
Nie chodzi o to, żeby codziennie stawać na wagę, ale o to by słuchać swojego ciała, poznawać je, odczytywać sygnały, które nam daje.

Porzuciłam cele wagowe typu "schudnę 5 kilo do imprezy", bo co jeśli się nie uda? 
Będę zdemotywowana. 
Zmieniłam myślenie i skupiam się na tym co osiągnęłam, a nie na tym czego nie udało mi się osiągnąć, przecież ciągle walczę!

Gdybym miała zobrazować moją drogę byłaby ona prosta jak linia narysowana podczas trzęsienia ziemi. ;)



Komentarze

  1. I to jest to, co lubię. Prosto, szczerze, bez oszukiwania, że trzymam czystą michę non stop. Że można siebie lubić mimo wszystko i dbać o siebie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

instagram