Ciąża Plus Size Trymestr III i IV

To chyba jeden z najbardziej wyczekanych postów, o który pytacie juz od pół roku! Tak, wlaśnie tyle zajeło mi żeby dojść do siebie i zorganizować sobie życie na nowo już we czwórkę. Pierwsze dwa trymestry dały mi nieźle w kość, co mozecie przeczytać w moich poprzednich wpisach I TRYMESTR i II TRYMESTR. Sama teraz przeczytałam je na "trzeźwo" bez burzy hormonów i padłam!

fot. Kamil Mirkowicz (@czlowiekzwanytata)
Co powiedziałabym sobie teraz, juz po porodzie? Kobieto, ogarnij się, nie będzie tak źle, dasz radę, nie panikuj! A nawet po prostu - będzie pięknie! Bo będzie. Jeśli jesteś w ciązy i moja historia wydaje Ci się znajoma, usiądź i odetchnij, bo skoro ja dałam rade to Ty też dasz.

Dokładnie pamiętam III trymestr ciąży, był on najbardziej łaskawy ze wszystkich, kiedy Filipek przekręcił sie gówką w dół ustąpiły bóle biodra i moglam normalnie fukncjonować, czułam się świetnie i miałam dużo energii, nie mogłam doczekać się porodu, bylam już taka ciekawa jaki będzie ten mój synek, napewno też to czujesz :)


Ale... nie bądź taka nieciepliwa, korzystaj z ostatnich miesięcy wolności, czerp z nich ile sie da, idź z mężem do kina, na spacer z koleżanką, działaj. Dzięki ciąży poznałam bliżej Magdę, która miała niemal identyczny termin porodu i razem przeżywałyśmy nasz 'kalafior ciążowy' :) Magda również prowadzi bloga, koniecznie do niej zajrzyjcie MYPINKPLUM :)



Było troche stresów. Po miesiącu III trymestru zdiagnozowano u mnie cukrzyce ciążową, a jednak.
Byłam pod stałą opieką diabetyka i dietetyka, ponieważ nie mogłam sobie poradzić z dietą z niskim indeksem glikemicznym wolalam skorzystać z porady specjalisty. Moja cukrzyca była w zasadzie na granicy normy, nawet jej nie przekraczała i była leczona dietą. Niestety mimo to nie obeszło się bez przykrych konsekwencji.



Długo nie moglam dojść do siebie po tych wszystkich wydarzeniach. Każde wspomnienie ostatnich dni ciąży wywolywalo u mnie stres i płacz i tak jest do teraz. Choc czuje juz wewnętrzny spokój, mimo wszystko kiedy to pisze trzesa mi sie rece i łzy napływają do oczu. 

No ale może od początku...

Jako ciężarna z cukrzycą dostałam skierowania na USG kontrolne co dwa tygodnie. I jak przy pierwszym wszystko było super, tak przy drugim nie bylo już tak kolorowo.

Zacznijmy od tego, że moja ginekolog prowadząca ciąże uprzedziła mnie, że z cukrzycą lepiej urodzić wcześniej i jeśli ciąża sama nie rozwiąże się do skończonego 38 tygodnia to dostane skierowanie do szpitala na wywołanie porodu, a było to spowodowane tym, że dzieci przy cukrzycy podobno rosną bardzo duże, więc groziło mi CC którego bardzo chciałam uniknąć.

Na kolejnym i zarazem ostatnim USG okazalo się, że Filipek przez ostatnie dwa tygodnie nie rozwijał sie, nie urósł nic. Dziwne, bo przecież potencjalnie miał być za duży. Kiedy to usłyszalam, byłam bliska omdlenia. Lekarz natychmiast skierował nas do szpitala, był to pierwszy dzień 38 tyodnia, czyli skończony 37 tydzień (ciąża donoszona, o mały włos Filipek byłby wcześniakiem). 

Prosto od lekarza udaliśmy się do... domu po wcześniej spakowaną walizkę. Nie wiedzialam, że zostane zatrzymana w szpitalu, ale wolalam się zabezpieczyć i dobrze zrobiłam. 
Zostałam przyjęta na patologie ciąży, ze względu na hipotrofie płodu. Dostałam informacje od lekarza, że poród będzie wywoływany. Jeszcze tego samego dnia wieczorem dostałam cewnik Foleya - jest to gumowa rurka z małym balonikiem na końcu, który umieszcza się w szyjce macicy i wypełnia solą fizjologiczną po to aby wywołać skurcze.

Czy bałam się porodu? Nie. Ostatnie pięć tygodni uczęszczaliśmy na zajęcia szkoły rodzenia, które serdecznie wam polecam. Gdyby nie one pewnie byłabym przerażona, a dzięki nim i ja i przede wszystkim tata Filipka wiedział co robić.

Po calej nocy z cewnikiem, rano skierowali mnie na sale porodową i dostałam kroplówkę z oksytocyną. Nie dzialo się prawie nic przez około 5-6 godzin, no nuda mówie wam. :)
Co jakis czas zaglądała do nas położna żeby sprawdzić czy wszystko jest ok.


Nie wykupilam położnej, uważam że to bez sesnu, zwlaszcza kiedy rodzicie w takim wspaniałym spitalu na jaki ja trafiłam, a mianowicie w Szpitalu Pediatrycznym przy ulicy Żwirki i Wigury w Warszawie. Jeżeli jesteście z Warszawy i jeszcze nie wybrałyście szpitala, to naprawde z całego serca polecam! Standard nie odbiegał niczym od szpitala prywatnego. Porodówka była oddana do użytku około 2 lata temu, wszystko jest nowoczesne i zadbane. Młody i ambitny zespół świetnie się nami zajął. Wcześniej zastanawiałam się nad porodem w szpitalu Medicover, ostatecznie zrezygnowałam oszczędzając tym samym 7 tysiecy złotych (opcja najtańsza)

Po siedmiu godzinach urodziłam siłami natury zdrowego chłopca 10 punktów w skali apgar. To uczucie, nie da się go opisać, trzeba je po prostu przeżyć.


Nie wiem czy kiedykolwiek zapomne ten stres kiedy następnego dnia rano zabrali mi dziecko na patologie noworodków. Był apatyczny, od urodzenia miał problemy ze zbyt niskim cukrem spowodowane hipotrofią i niską masą urodzeniową. Płakałam cały czas przez tydzień, bo tyle spędziliśmy na oddziale neonatologicznym. I tu znów serdecznie polecam wam szpital przy Żwirki i Wigury. Mają najlepszą neonatologie w Polsce, nie mogliśmy trafić lepiej, spotkałam tam matki z całego kraju, w lepszych i gorszych sytuacjach.
Silne kobiety, które przeżyły operacje swoich nowo narodzonych dzieci, które urodziły w 26 tygodniu i ciągle bały się o życie swoich maluszków. Matki, które spędziły tam już kilka miesięcy, których dzieci jadły przez sonde. Matki, które od miesięcy od urodzenia ani razu nie przytuliły swojego dziecka. Zdałam sobie sprawe z tego, że naprawdę nie mam na co narzekać.

Kiedy wróciliśmy do domu byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i staram sie przypominać sobie ten moment kiedy puszczają mi nerwy i nie mam już siły do tego małego zbója :)

Wtedy dopiero sie zaczeło, kompletne przewartościowanie życia, ale nie trwało to dwa ani trzy tygodnie, w zasadzie mija juz pół roku, a ja dalej nad tym pracuje i nie jest lekko, nastał czas ciągłych zmian i bez sensu jest sie przyzwyczajac do sytuacji, która zaraz się zmieni. Czas leci jak wściekły, dopiero co urodzilam, a on już jeździ w spacerówce, śmieje się w głos i potrafi nieśmiało zawołać mama. Im bardziej daje mi popalić tym szerszy jest jego uśmiech. Ja to nazywam karmą :D


Miłość nie przyszła od razu, do tej pory uważam, że miałam depresje poporodową, a przynajmniej babybluesa, który zaczął się jak zeszły ze mnie szpitalne emocje. Prawdziwą miłość poczulam dopiero lub już okolo czwartego miesiąca, kiedy zdążyliśmy się już trochę poznać. Nie wiem jak wy, ale ja nie wierze w miłość od pierwszego wejrzenia :)

Teraz nie wyobrażam sobie życia bez mojego synka. Odbiło  mi na jego punkcie, kompletnie matka-wariatka. :-)



Komentarze

  1. Świetny wpis. Ja też miała cukrzycę ciążowa, niestety na poród siłami natury nie było szans a liczyło się zdrowie dziecka, tak więc lekarze zadecydowali o cesarce i dzięki temu jestem mamą pięknej, cudownej córeczki. Babyblues też nie był mi obcy mimo, że od odrazu zakochałam się w tej kruszynce. Czasem jest lepiej, czasem gorzej ale nigdy nie zmienilabym mojego obecnego życia. Łączę się w teamie matka wariatka �� Pozdrawiam i wszystkiego dobrego ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

instagram